No i kolejny dzień za nami.
Wydarzyło się ...dużo.
Po pierwsze - wyrzucili mnie z pracy. Powód? Kiepskie wyniki sprzedażowe, czyt. statystycznie podpisywałem jedną umowę na dwie godziny pracy. W tym czasie, wg. mojego już byłemgo pracodawcy powinienem wyrobić od dwóch do czterech umów. Paranoja.
Wieczorem piwo z Jakubem, rozmowa poważna, której przytaczać nie mam zamiaru, no i kolejne w mym życiu spotkanie z ograniczonymi trochę polakami. A wszystko z dziś, spotęgowała jeszcze emisja Listy Schindler'a.
Nie mam ochoty pisać więcej, bo nie czuję się psychicznie najlepiej.
Bo jak mam się czuć, widząc polaków, którzy najchętniej by mnie zabili?
Jeżeli będę się poddawał ich atakom, będę czuł się jak szmata.
Jeżeli będę się bronił, będę tworzył sobie kolejnych wrogów.
Czyli i tak źle i tak nie dobrze.
poniedziałek, 2 listopada 2009
niedziela, 1 listopada 2009
I'm shippin' up to Boston
No i drodzy Państwo, chłopcy i dziewczęta, mała przerwa była, ale wolno mi było nie pisać. Czy działo się coś? Coś na pewno.
Po pierwsze - kolejny koncert. Zagraliśmy w piątek 30. października w Infinium. Było ponad 100 osób, co mnie właściwie ucieszyło, bo po pierwsze nowi ludzie usłyszeli naszą muzykę, a po drugie, będzie za co spłacić długi. Ale jak zwykle, coś wydarzyć się musiało. Najpierw wokal za cicho, i tak do końca koncertu. Potem Max' owi poszła struna w elektryku, więc graliśmy na akustyku pod przesterem, co brzmiało dziwnie, ale ludziom się podobało. Nawet chyba bardzo podobało, bo nie dali nam zejść ze sceny, więc trzeba było zagrać parę bisów. Ale było nawet fajnie, zagraliśmy Esencję, której absolutnie nie mieliśmy grać, ale co tam, podobało się ludziom. Jednakże, jak zwykle, poczułem się odstawiony do tyłu. Na kiego ja się staram, skoro po koncercie jestem traktowany na doczepkę, nikt ze mną nie rozmawia, o płci pięknej nawet nie wspominając. Ale, jakoś dożyłem 3 czy 4 w nocy i poszedłem do domu spać, gdzie musiałem przenocować Nawalonego w sztok Maxa. Ogólnie, koncert oceniam reasumując, na udany, ale jak zwykle nikogo nie poznałem, z kim mógłbym się spotkać. Czyli nadal jestem w ciemnej dupie.
Dlaczego dziś takimi ostrymi słowami? Bo naprawdę, jest ciężko. Starzy znajomi mają mnie głęboko gdzieś, Ci którzy przyszli na koncert, przyszli raczej dlatego że wypada, albo żeby móc się naśmiewać ze mnie. Ogólnie niemiło.
Nowych ludzi nie poznaję w ogóle, bo i dlaczego miałbym poznawać, skoro nigdzie nie wychodzę, nikt mnie nikomu nie przedstawia. Żyję w jebanej próżni.
Na dziś koniec.
PS: Dokończyłem ten tekst, jak się domyślacie. Całość leci tak:
Maybe it's me.
Maybe it's my creed.
Maybe is's our split.
I think it doesn't fit.
ref: This is ESESency, This is ESESency, This is ESESency of Myself /x2
Maybe it's You.
Maybe it's not true.
I think? I can't!
It's not will be happy end.
ref: This is ESESency, This is ESESency, This is ESESency of Myself /x2
Powstał też nowy tekst, ale nie chcę go dziś zamieszczać. Nie że nie jest gotowy, po prostu - nie chcę.
Po pierwsze - kolejny koncert. Zagraliśmy w piątek 30. października w Infinium. Było ponad 100 osób, co mnie właściwie ucieszyło, bo po pierwsze nowi ludzie usłyszeli naszą muzykę, a po drugie, będzie za co spłacić długi. Ale jak zwykle, coś wydarzyć się musiało. Najpierw wokal za cicho, i tak do końca koncertu. Potem Max' owi poszła struna w elektryku, więc graliśmy na akustyku pod przesterem, co brzmiało dziwnie, ale ludziom się podobało. Nawet chyba bardzo podobało, bo nie dali nam zejść ze sceny, więc trzeba było zagrać parę bisów. Ale było nawet fajnie, zagraliśmy Esencję, której absolutnie nie mieliśmy grać, ale co tam, podobało się ludziom. Jednakże, jak zwykle, poczułem się odstawiony do tyłu. Na kiego ja się staram, skoro po koncercie jestem traktowany na doczepkę, nikt ze mną nie rozmawia, o płci pięknej nawet nie wspominając. Ale, jakoś dożyłem 3 czy 4 w nocy i poszedłem do domu spać, gdzie musiałem przenocować Nawalonego w sztok Maxa. Ogólnie, koncert oceniam reasumując, na udany, ale jak zwykle nikogo nie poznałem, z kim mógłbym się spotkać. Czyli nadal jestem w ciemnej dupie.
Dlaczego dziś takimi ostrymi słowami? Bo naprawdę, jest ciężko. Starzy znajomi mają mnie głęboko gdzieś, Ci którzy przyszli na koncert, przyszli raczej dlatego że wypada, albo żeby móc się naśmiewać ze mnie. Ogólnie niemiło.
Nowych ludzi nie poznaję w ogóle, bo i dlaczego miałbym poznawać, skoro nigdzie nie wychodzę, nikt mnie nikomu nie przedstawia. Żyję w jebanej próżni.
Na dziś koniec.
PS: Dokończyłem ten tekst, jak się domyślacie. Całość leci tak:
Maybe it's me.
Maybe it's my creed.
Maybe is's our split.
I think it doesn't fit.
ref: This is ESESency, This is ESESency, This is ESESency of Myself /x2
Maybe it's You.
Maybe it's not true.
I think? I can't!
It's not will be happy end.
ref: This is ESESency, This is ESESency, This is ESESency of Myself /x2
Powstał też nowy tekst, ale nie chcę go dziś zamieszczać. Nie że nie jest gotowy, po prostu - nie chcę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)