wtorek, 13 października 2009

Dziewczyna o perłowych włosach.

I kolejny dzień za mną.


Zdarzyły się dwie rzeczy, takie o których warto aż wspomnieć. Wczoraj pisałem o mojej potrzebie Miłości. I proszę. Godzina musiała być gdzieś szesnasta, może chwila po. Stoję jak zwykle na przystanku, po porannej zmianie zmęczony ale i zadowolony, gdyż dzień w pracy był całkiem przyjemny, co zadziwia mnie do teraz. Patrzę zniecierpliwiony na zegarek, by wreszcie znaleźć się w moim małym pokoju, wśród zielono-pomarańczowych ścian, odpoczywając jak na przedstawiciela klasy pracującej przystało, z papierosem w kąciku ust i kubkiem ciepłej herbaty. Nagle telefon od Jakuba, informujący o odwołaniu koncertu pod koniec października. To było mało miłe, ale cóż, nie takie rzeczy odwoływano, od koncertów zaczynając, a na końcu świata kończąc. Gdy tylko skończyłem rozmowę, zauważyłem JĄ, Dziewczynę o perłowych włosach. Jeżeli się nie mylę, miała bardzo jasną cerę, i czerwone, ładne paznokcie. Na sobie zaś ciemnoniebieski płaszcz, typu trencz. Miała piękne, niebieskie oczy. Cała aż promieniała, co kontrastowało z szarością w tramwaju, jak i poza nim. Uśmiechnąłem się do niej, delikatnie jak tylko potrafiłem, co by tym uśmiechem jej nie przestraszyć, o co w moim przypadku bardzo łatwo. Co zdziwiło mnie najbardziej, nie zrobiła urażonej miny księżniczki pod tytułem "nie dla psa kiełbasa". Wręcz przeciwnie, odwzajemniła się, najmilszym i najbardziej szczery uśmiechem, który był skierowany do mnie, od dobrych paru miesięcy. Nasza gra, wręcz pojedynek na ukradkowe spojrzenia i uśmiechy, trwała dobre paręnaście minut. Jej cała twarz mówiła "spokojnie, podejdź do mnie, nie ugryzę Cię(co najwyżej pożrę w całości)". A zgadnij, co zrobiłem? Oczywiście, nie podszedłem. Bo jak to, ja, Franz, miałbym podejść do takiej piękności? To byłoby nie na miejscu. Oczywiście, mógłbym to inaczej rozegrać, podjechać z nią parę przystanków i próbować zagaić rozmowę, ale...

Cała ta sytuacja przypomniała mi, Seraphinę. Najdroższą, której chyba nigdy nie zapomnę, choćbym nie wiem jak bardzo się starał. I dlatego nie podszedłem. Nie, nie dlatego, że skończyło się szybko i źle, absolutnie nie o to chodzi. Myślę, że problem tkwi we mnie, ciągle trudno mi przyzwyczaić się, do tego, że ktoś może do mnie się uśmiechać, że jakaś kobieta może mnie uznać za przystojnego. Po prostu - trudno mi w to wszystko wierzyć, w stu procentach. Ale fakt faktem, cała ta sytuacja, wzbudziła we mnie ciepło w okolicy serca, jakiego nie czułem od dawna.


Dziewczyno o Perłowych Włosach, dziękuję Ci. Może Cię kiedyś spotkam i zaproszę na kawę, by podziękować osobiście.


A teraz, moi kochani, idę dalej zasłuchiwać się w płytę Kind of Blue i deszcz za oknem. Czeka mnie spokojna noc, a po niej kolejny dzień, który dzięki tej historii, wcale nie będzie taki mroźny i szary, o nie. Będzie dalej jarzył się kolorami, które Ona podytkowała.

poniedziałek, 12 października 2009

Jestem tylko przechodniem

No i koniec kolejnego dnia. Niektórzy co prawda, powiedzieliby, że jeszcze trwa, ale po całodziennej wędrówce, wśród herbaty, świeczek i dymu papierosowego, kończę kolejny dzień. Czy udany? Nie mnie to oceniać, nie lubię określać takiej abstrakcyjnej rzeczy jak dobry lub zły dzień. Dzień to dzień, i składa się z różnych części, często powtarzających się codziennie, bądź okresowo, które nie mają jakiejś cechy dobrej lub złej. Po prostu są. To jak z powietrzem. Po co rozpatrywać z czego jest ono złożone, ile go wdychamy, ile mieści się go w jednym pomieszczeniu o wymiarach cztery na sześć i pół centymetra i ile waży lub jaką ma gęstość. Codziennie jest ono takie samo, codziennie go potrzebujemy i jest ono częścią naszego życia, bardzo ważną, ale niewartą zbytniego rozpatrywania. Nie odczuwamy go tak naprawdę, w stricte materialnym sensie. Odczuwamy dopiero jego brak. Gdy człowiek się dusi, czy to kaszlem, czy to pod wodą czy wisząc na skórzanym pasku na drzwiach. Jeżeli go w takim momencie nie zaczerpniemy, to potem nie będziemy odczuwać już jego braku. Bo nie będziemy odczuwać nic.

Tak czy inaczej, dzień minął jak każdy inny, jedynie zmieniły się takie parametry jak godzina wyjścia do pracy, pogoda, ilość ludzi w tramwaju, czy norma w pracy. Ale poza tym, to taki sam poniedziałek jak każdy inny, prawda? Z rzeczy, które były dziś parametrami niestałymi, można wyliczyć
  • sms i telefon z NCK, w sprawie koncertu The Dionysos, co spowodowało podwyższenie poziomu endorfiny na kilka godzin w moim organizmie
  • spotkanie z Maxem i Jakubem w sprawie innego koncertu
Parę pomysłów na kawałki, zaś zaczęty tekst dalej jest niedokończony. I jak tak dalej pójdzie, to będzie on taki już const.

Co jeszcze się wydarzyło? Hmm. Dziś, chyba nic odczuwalnego aż tak, ale jak zwykle jesienią pragnę się zakochać. Jak to okropnie, dziecinnie i infantylnie oraz pseudoromantycznie brzmi. Ale cóż - tak jest. I mimo, że jak zwykle, w moim życiu jest raczej spora ilość kobiet, z którymi utrzymuję, takie lub inne relacje, to nie odczuwam obecności JEJ. Tej, która jest moją "Margot", która byłaby idealna. Aż przypomina mi się takie fajne opowiadanie Jakuba Ćwieka, o Arlekinie, który również poszukiwał swej miłości. I nie mógł odnaleźć. Sam ćwiek, mawiał, że sam czuje się takim Arlekinem. Panie Jakubie, nie tylko Pan, naprawdę, odczuwa coś takiego. I nie mówię, że coś takiego odczuwają tylko artyści, mężczyźni wrażliwi. O nie! Każdy mężczyzna to odczuł lub odczuwa w swym życiu, nawet największy macho. I nikt nie wmówi mi, że jest inaczej. To że ktoś nawet przed samym sobą się nie przyzna do tego, to inna sprawa. Wracając do meritum - jak zwykle Miłość, a raczej jej potzreba, wali do mych białych, a raczej już lekko nawet pożółkłych drzwi, częściowo odrapanych z farby emulsyjnej. Stereotypowo, powinno to uderzyć Wiosną lub Latem, u mnie zaś ten proces jest kompletnie zachwiany, gdyż odzywa się Jesienią i Zimą. Dlaczego wtedy? Bo człowiek bardziej odczuwa samotność może? Może dlatego, że w teatrach zaczynają grać piękne sztuki, a w co niektórych kanjpkach grają różnoracy muzycy.

Może później coś mnie natchnie i dopiszę. A może nie?


PS: Na takie wieczory jak ten, muzyka pokroju RAZDWATRZY, SDM lub MILES DAVIS jest więc przewspaniała.

niedziela, 11 października 2009

Potrzeba matką wynalazku

Kiedy ostatnio blogowałem? Hm. Z dobre 3 albo nawet 5 lat temu. Tak stale, codziennie i w ogóle. Wtedy człowiek był szczeniakiem, zafascynowany czymś takim jak Internet, chcący cały świat powiadomić co jadł na obiad, co dziewczyna, która mu się podoba miała na sobie iczy mama pozwoli iść na koncert lub do kolegi. A teraz? Teraz raczej z lenistwa i niechęci do prowadzenia dziennika, który wcześnie musiałbym zakupić, oprawić i schować przed rodziną, która jest może i w pewien sposób częścią mnie, to jest na pewno wścibska jak diabli. To w takim razie po co zamieszczać to wszystko w internecie? Sam nie wiem. Może to jednak nie ich wścibskość, tylko niechęć do papieru za który płacę potężne pieniądze? Diabli wiedzą. A tak to mogę sobie pisać, swoje teorie puszczać w świat et cetera, et cetera.


Co napisać mogę o dzisiejszym dniu? Był fajny. Zajęcia w gminie pierwsze, pierwsze fajne wrażenia i w ogóle, ale rozpisywać się nie będę, bo to naprawdę prywatna sprawa. Potem do domu, obiad, kłótnia telefoniczna z Jakubem, czyli normalka.


No właśnie, muzyka. Ogólnie, zespół dobrze się rozwija, kolejny koncert już zaplanowany, czekamy dalej na propozycje i odpowiedzi od innych klubów. Ostatnio mam mniej pomysłów na kawałki i jeszcze mniej na teksty. Może dlatego, że po prostu praca pochłania większość czasu i energii, tak witalnej jak i umysłowej. Tak czy inaczej jeden tekst jest niedokończony, mimo że sam motyw muzyczny moim zdaniem wywala człowieka w kosmos. Super szybki bas, mocna perka i ostra, czasem nawet za bardzo gitara. Ale mi się podoba, choć zauważyłem, że ostatnio nie mam pomysłu na motyw new/cold wave w stricte tego słowa znaczeniu. Może dlatego, iż trudno jest napisać coś bardziej genialnego od tego co robili przedstawiciele gatunku. Ale ważne że się staram.


Maybe it's me.
Maybe it's my creed.
Maybe it's our split.
I think it doesn't fit.

This is essence, this is essence, this is essence
Of myself!

This is essence, this is essence, this is essence
Of myself!


No i nie mam pomysłu na dalszą część. Ale jak tylko złapię w szwe poobgryzane szpony Wenę, to mam nadzieję coś dopisać, bo rozumiem że SIEKIERA i jej IDĄ LUDZIE WSCHODU, wcale nie miała dłuższego tekstu, ale SIEKIERA to SIEKIERA, a MY to MY.


A teraz spać, bo o 9 rano zaczynam codzienną pracę dla wielkiej korporacji.