poniedziałek, 12 października 2009

Jestem tylko przechodniem

No i koniec kolejnego dnia. Niektórzy co prawda, powiedzieliby, że jeszcze trwa, ale po całodziennej wędrówce, wśród herbaty, świeczek i dymu papierosowego, kończę kolejny dzień. Czy udany? Nie mnie to oceniać, nie lubię określać takiej abstrakcyjnej rzeczy jak dobry lub zły dzień. Dzień to dzień, i składa się z różnych części, często powtarzających się codziennie, bądź okresowo, które nie mają jakiejś cechy dobrej lub złej. Po prostu są. To jak z powietrzem. Po co rozpatrywać z czego jest ono złożone, ile go wdychamy, ile mieści się go w jednym pomieszczeniu o wymiarach cztery na sześć i pół centymetra i ile waży lub jaką ma gęstość. Codziennie jest ono takie samo, codziennie go potrzebujemy i jest ono częścią naszego życia, bardzo ważną, ale niewartą zbytniego rozpatrywania. Nie odczuwamy go tak naprawdę, w stricte materialnym sensie. Odczuwamy dopiero jego brak. Gdy człowiek się dusi, czy to kaszlem, czy to pod wodą czy wisząc na skórzanym pasku na drzwiach. Jeżeli go w takim momencie nie zaczerpniemy, to potem nie będziemy odczuwać już jego braku. Bo nie będziemy odczuwać nic.

Tak czy inaczej, dzień minął jak każdy inny, jedynie zmieniły się takie parametry jak godzina wyjścia do pracy, pogoda, ilość ludzi w tramwaju, czy norma w pracy. Ale poza tym, to taki sam poniedziałek jak każdy inny, prawda? Z rzeczy, które były dziś parametrami niestałymi, można wyliczyć
  • sms i telefon z NCK, w sprawie koncertu The Dionysos, co spowodowało podwyższenie poziomu endorfiny na kilka godzin w moim organizmie
  • spotkanie z Maxem i Jakubem w sprawie innego koncertu
Parę pomysłów na kawałki, zaś zaczęty tekst dalej jest niedokończony. I jak tak dalej pójdzie, to będzie on taki już const.

Co jeszcze się wydarzyło? Hmm. Dziś, chyba nic odczuwalnego aż tak, ale jak zwykle jesienią pragnę się zakochać. Jak to okropnie, dziecinnie i infantylnie oraz pseudoromantycznie brzmi. Ale cóż - tak jest. I mimo, że jak zwykle, w moim życiu jest raczej spora ilość kobiet, z którymi utrzymuję, takie lub inne relacje, to nie odczuwam obecności JEJ. Tej, która jest moją "Margot", która byłaby idealna. Aż przypomina mi się takie fajne opowiadanie Jakuba Ćwieka, o Arlekinie, który również poszukiwał swej miłości. I nie mógł odnaleźć. Sam ćwiek, mawiał, że sam czuje się takim Arlekinem. Panie Jakubie, nie tylko Pan, naprawdę, odczuwa coś takiego. I nie mówię, że coś takiego odczuwają tylko artyści, mężczyźni wrażliwi. O nie! Każdy mężczyzna to odczuł lub odczuwa w swym życiu, nawet największy macho. I nikt nie wmówi mi, że jest inaczej. To że ktoś nawet przed samym sobą się nie przyzna do tego, to inna sprawa. Wracając do meritum - jak zwykle Miłość, a raczej jej potzreba, wali do mych białych, a raczej już lekko nawet pożółkłych drzwi, częściowo odrapanych z farby emulsyjnej. Stereotypowo, powinno to uderzyć Wiosną lub Latem, u mnie zaś ten proces jest kompletnie zachwiany, gdyż odzywa się Jesienią i Zimą. Dlaczego wtedy? Bo człowiek bardziej odczuwa samotność może? Może dlatego, że w teatrach zaczynają grać piękne sztuki, a w co niektórych kanjpkach grają różnoracy muzycy.

Może później coś mnie natchnie i dopiszę. A może nie?


PS: Na takie wieczory jak ten, muzyka pokroju RAZDWATRZY, SDM lub MILES DAVIS jest więc przewspaniała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz